Bożena Kochon

Postanowiłam opisać swoją historię, ponieważ jestem jedną z wielu osób, których dotknął błąd i zaniedbanie lekarzy.

Czuję się bezsilna wobec sytuacji w jakiej się znalazłam. Nie poddaję się, lecz powoli przestaję wierzyć w prawo, sprawiedliwość i bezkarność lekarzy w Polsce.

Mój synek udusił się pod moim sercem, pod okiem specjalistów, a dzisiaj sąd ukarał za to mnie.


Termin porodu wyznaczony był na 12 kwietnia 2006.

Dokładnie 6 dni przed tym terminem pojechałam do szpitala im PCK w Gdyni. Ponieważ trwające od kilku dni bóle w okolicy krzyżowo - lędźwiowej nasilały się. Czułam, że mój synek szybciej pojawi się na tym świecie.

Jednak człowiek zdecydował inaczej. Był to już 40 tydzień ciąży.


6 kwiecień (czwartek)

O 16.20 zostałam przyjęta na salę porodową. Po kilku godzinnej obserwacji, lekarz stwierdził - brak akcji porodowej, że nic się nie dzieje i odesłał mnie na Oddział Patologii Ciąży.

Całą noc modliłam się, aby wytrzymać do rana. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy co oznaczał narastający z godziny na godzinę ból pleców.


7 kwiecień (piątek)

Na rannym obchodzie usłyszałam od lekarza, że będą mnie obserwować. Mam zatrucie ciążowe, jestem spuchnięta i dużo przybrałam na wadze. Ból pleców nasilał się. Moje prośby o pomoc kończyły się podaniem leku p.bólowego, rozkurczowego i zamknięciem drzwi.

Z dokumentacji medycznej którą posiadam w domu, dopiero dowiedziałam się, jakie leki mi podawano.


Tego dnia ok.godz.20 po raz drugi trafiłam na porodówkę.

Ból ogarnął cały mój organizm. Nie byłam wstanie stać, siedzieć ani leżeć. Gdy z Sali obok wyszło dwóch lekarzy poprosiłam ich aby pomogli mi urodzić lub zrobili cesarkę. Wtedy od jednego lekarza usłyszałam, że cesarka nie jest na zawołanie. Drugi podszedł do mnie, stwierdził, że z takimi bólami powinnam już trzy razy urodzić. Kazał mi usiąść, uderzył mnie ręką w okolicę krzyża i stwierdził (bez żadnych badań), że mam kamienie w nerkach. Zlecił podanie leku p.bólowego i odesłano mnie z powrotem na Odział Patologii Ciąży. Na tym pomoc lekarzy się skończyła.


Z dokumentacji dowiedziałam się, że w tym dniu zostałam przekazana na Porodówkę w celu ukończenia porodu, w zamian podano mi kolejną dawkę leku p.bólowego.

Żadne słowa nie wyrażą tego, co wtedy czułam. Bezsilność i złość, że nie mogę pomóc sobie i mojemu jedynemu dziecku. Wierzyli aparaturze, a nie wierzyli mi, że naprawdę boli!


8 kwiecień(sobota)

Dziś już nie pamiętam jak przeżyłam kolejną noc. Uśmierzony lekiem ból, powrócił z podwójną siłą.

Wykończona, zalana łzami i resztkami sił, doszłam na korytarz, gdzie siedział personel i po raz ostatni błagałam ich o pomoc. Moje ciało ogarnął rozrywający ból i wiedziałam, że dłużej tego nie wytrzymam.

Zrobiono mi USG nerek, które okazały się zdrowe i wtedy pomyślałam: Boże! co oni ze mną robią? na co czekają? Proszę pielęgniarkę, aby nie robiła mi 3 lewatywy, bo od przyjścia do szpitala nic nie jadłam. Usłyszałam wtedy, że tak trzeba! Wszystko było ważne, oprócz mojego synka.


O 15.20 PO RAZ TRZECI trafiłam na porodówkę, w czasie przyjęcia zanikało już tętno mojego syneczka.

Lekarz pojawił się dopiero o 16.20 i przez zaciśnięte zęby wycedził, że decyduje się na cesarkę, bo mam 35 lat i on już nie wie co mnie boli.

Dzisiaj już wie co mnie bolało! Było już za późno,


MÓJ SYNEK JUŻ NIE ŻYŁ.

Trzy dni poprzez moje usta prosił o pomoc, ale nikt Go nie słuchał. Od lekarzy usłyszałam, że się PO PROSTU UDUSIŁ.


Nikt z lekarzy nie miał odwagi przyjść, powiedzieć co się stało. Nikt nawet nie zaproponował, nie zapytał czy mam ochotę zobaczyć synka – przytulić, pożegnać się. NIKT!!!


Nigdy już nie zobaczę jak wyglądał, do kogo był podobny. Do dziś nie mogę tego zrozumieć! Potraktowali mnie jak NIC. Ludzie uważający się za wykształconych, inteligentnych specjalistów.


Po zabiegu obudziłam się w pustej sali. Obok mnie siedział mój brat, który szybko przyjechał do szpitala. Gdy zapytałam Go o synka, przecząco kiwnął głową, wiedziałam że stało się coś złego. Po chwili weszła moja mama. Poczułam wtedy, że jest mi bardzo zimno, że coś się ze mną dzieje. Zdążyłam powiedzieć: Mamo ja umieram! wystąpił krwotok, którego nie czułam, ponieważ od pasa w dół działało jeszcze znieczulenie.

Zaczęła się wtedy walka o moje życie. Gdyby nie moja rodzina, wykrwawiłabym się na śmierć i nikt by o tym nie wiedział, bo nikt z personelu nie wiedział, że leżę na tej pustej sali po cesarce.



Opuszczając szpital, spojrzałam na budynek pełna żalu i bólu. Rutyna zgubiła panie położne i lekarzy. Dla nich ich praca toczyła się dalej, a dla mnie zawalił się cały świat.

Pomyślałam wtedy; zapłacicie mi za śmierć mojego jedynego dziecka, za każde poniżenie jako kobiety i matki.


Pełna nienawiści postanowiłam starać się o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Usłyszałam wtedy, że mój synek wedle prawa nie był człowiekiem, bo nie zapłakał i nie należy mi się odszkodowanie. W tak prosty sposób, można napisać to, co usłyszałam.


Mogłam starać się o zadośćuczynienie.

Szpital był za polubownym załatwieniem roszczeń, ja również.

Suma jednak jaką zaproponował Ubezpieczyciel szpitala (50.ooo) dla mnie była nieadekwatna do poniesionej przeze mnie straty i tak nieludzkiego potraktowania.

Poczułam, że szpital chce mi zamknąć usta, a ja pragnęłam, aby ktoś usłyszał, co oni mi zrobili! Nie tylko psycholog w zamkniętym gabinecie.


Z proponowanej sumy otrzymałam 20.ooo,dzięki temu mogłam założyć sprawę w sądzie o większe zadośćuczynienie (100.ooo).


Sprawa trwała 2 lata. Przesłuchiwani byli lekarze pełniący wtedy dyżury i pani lekarz psychiatra, która pomogła mi to wszystko przeżyć.


Lekarze przed sądem, zeznawali dokładnie tak jak było, przyznali się do swoich zaniedbań i błędów swoich kolegów.

Cyt. słowa jednego z lekarzy; „zmarnowali takiego chłopaka”!


13 stycznia (2009?) w Sądzie Okręgowym w Gdańsku zapadł wyrok.


PRZEGRAŁAM.


Sędzia stwierdził że nie udowodniono winy lekarzy, a moje przeżycia są normalne.


Komentarz do wyroku jest zbędny, skoro sam pozwany przyznaje się do zaniedbań i błędów. Natomiast chciałabym wiedzieć - w czyim interesie jest ochrona Ubezpieczyciela? Gdzie jest niezawisły sąd?




Bożena Kochon

Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć




Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać wpisy
Proszę się zalogować albo zarejestrować.

Autor: MONIKA PANZA Dodano: 2010-03-15 01:10:52
Witam Pani Bozeno,lzy sie cisna do oczu czytajac Pani historie. Mam dwoje malutkich dzieci,ktore przyszly na swiat po przez cesarke spowodowana podobnymi bolami przez Pania opisywane,lecz na szczescie z natychmistowa reakcja lekarzy. Mam nadzieje ze zlo obroci sie przeciwko tym ,ktorzy przyczynili sie do Pani tragedii.Pozdrawiam i zycze szczescia.
Autor: sylwia g-j Dodano: 2009-02-08 19:00:50
Myślę, że ta historia Panią zainteresuje: 
 
http://interwencja.interia.pl/news?inf=847793
Autor: sylwia g-j Dodano: 2009-02-08 15:26:58
Jestem w stanie zrozumieć wiele, ale braku OBIEKTYWIZMU, SPRAWIEDLIWOŚCI w Polskim wymiarze sprawiedliwości zrozumieć nie potrafię.  
 
Witam Pani Bożeno na naszej stronie... 
Gratuluję odwagi w walce o SPRAWIEDLIWOŚĆ, ODPOWIEDZIALNOŚĆ, GODNOŚĆ...

 
EnglishGermanPolish